NYC w pigułce

Nowy Jork
Piszemy tę notkę wylatując już na zachodnie wybrzeże. Postaramy się w dużym skrócie odtworzyć co mniej więcej robiliśmy i co ciekawego widzieliśmy.


Dzień 1, czwartek
...a właściwie wieczór, 30 sierpnia. Przylecieliśmy opóźnionym lotem z Oslo, mieliśmy ładować 20:05, ostatecznie wypuścili nas z samolotu ok. 22. Po przepakowaniu i powitalnym drinku pojechaliśmy do Anetki rzucić się na łóżko i tak zakończyliśmy prawie dwudniową podróż za wielką wodę.

Dzień 2, piątek
Rozpoczęliśmy pysznym śniadaniem zrobionym przez Anetkę. Tego dnia zaplanowana była próba ślubu razem z „rehearsal dinner”, więc pojechaliśmy spotkać się ze wszystkimi „na Parku”. Podczas próby poznaliśmy rodzinę pana młodego. Julia wyglądała zjawiskowo, tak samo jej pierwsza druhna Anetka.

W międzyczasie okazało się, że Maciek nie wziął z domu paska do garnituru, więc po drodze do domu dokonaliśmy stosownego zakupu, a następnie wróciliśmy do Anetki i poszliśmy spać, bo „na polskie” była już 3 w nocy.

Dzień 3, sobota - ślub Julii i Ryana
Anetka zerwała się bladym świtem żeby szykować pannę młodą, a my mieliśmy jeszcze parę godzin na spokojne ogarnięcie rzeczywistości. Kupiliśmy kartę SIM, wyprasowaliśmy odświętne ubrania, zakręciliśmy włosy (ci co potrzebują) i wyruszyliśmy z domu.
Julia była olśniewająca! Wszyscy wyglądali pięknie, Anetka i ciocia we wspaniałych sukniach, wujek w eleganckiej czarnej muszce. Wspólnym pochodem ruszyliśmy do kościoła. Kiedy wujek prowadził Julię pod rękę do kościoła, ludzie na ulicy gratulowali młodej parze :)
W kościele - jeszcze więcej druhen i drużbów, Ryan przy ołtarzu, mnóstwo gości, piękne dekoracje, wszystko jak na filmie.
Po mszy była chwila przerwy, druhny pojechały „parybasem” na sesje zdjęciowe, a my wzięliśmy samochód Ryana i dzielnie przebijając się przez nowojorskie korki ruszyliśmy na „cocktail hour” w ogrodach sali weselnej, i na samo wesele. Atrakcji było co niemiara: wejście korowodu weselnego, piękne przemówienia, tańce - można powiedzieć do białego rana, bo w Polsce wtedy dochodziła siódma. Była też lodowa rzeźba żaby, a podczas imprezy na jednym z krzeseł pary młodej ktoś zauważył prawdziwą żabę! Jak się tam znalazła - do dziś pozostaje tajemnicą, ale z pewnością był to zwiastun wszelkiej pomyślności i miłości.


Dzień 4, niedziela
Dzień po ślubie wszystkim mijał spokojnie, oglądaliśmy zdjęcia i filmy, dojadaliśmy pozostałe weselne pyszności, jeszcze raz wspominaliśmy poprzedni dzień. Po południu poszliśmy na długi spacer wzdłuż wschodniego brzegu Manhattanu (East River Park).


Dzień 5, poniedziałek, labor day
Wyszliśmy z domu z zamiarem zwiedzania miasta, a ostatecznie spędziliśmy dzień w basenie na dachu wieżowca z widokiem na Manhattan, w oddali było widać cały piękny „skyline” tej niezwykłej wyspy. Kiedy mówimy „w basenie”, mamy na myśli szorowanie i wymianę wody, ale po odrobinie wymachiwania szczotką zimne piwko smakuje dwa razy lepiej, a pluśnięcie do czystego baseniku ze świeżą wodą to już sama radość! Przy okazji konkretnie się opaliliśmy, przygotowując skórę pod gorące słońce pustyni w Utah.

Wieczór spędziliśmy w najlepszym lokalu „na Parku”, obecni byli wszyscy najbliżsi znajomi rodziny, co zagwarantowało pierwszorzędne „pardowanie”. Długo rozmawialiśmy z parą z Rochester, chyba jesteśmy umówieni na odwiedziny u siebie nawzajem ;)
Na noc wróciliśmy do Anetki na dolny Manhattan.

Dzień 6, wtorek
Poza ślubem i zwiedzaniem miasta w planach mieliśmy też małe zakupy, więc rano wskoczyliśmy w metro i pojechaliśmy do centrum. Ulice Manhattanu są niesamowite, idealnie widać miasto na przestrzał, osie widokowe są tu jak nigdzie indziej na świecie.
Jako kulturalny punkt programu wybraliśmy rezerwat przyrody Hallett Nature Sanctuary w południowo-zachodniej części Central Parku. Miejsce to było zamknięte dla odwiedzających przez ponad 80 lat, na nowo otwarto je dopiero  5 lat temu, więc super, że mieliśmy okazję je zobaczyć. Wszystkie rośliny dobrano tu tak, żeby stworzyć naturalne rodzime siedlisko, spokojnie żyje tam mnóstwo gatunków ptaków i, oczywiście, wiewiórki.

Wieczorem spakowaliśmy walizki, pojechaliśmy do Julii na Greenpoint na „barbecue” i już tam zostaliśmy.

Dzień 7, środa
Po porannym śniadanku w ogrodzie państwa Lake’ów poszliśmy z Julią na spacer po Greenpoincie i Williamsburgu, czyli dzielnicach po wschodniej stronie East River. Widzieliśmy sporo polskich sklepów i restauracji, m.in. Królewskie Jadło.
Na resztę dnia byliśmy umówieni na wędkowanie na oceanie! Przygotowaliśmy się solidnie, wzięliśmy kostiumy kąpielowe, wodę, jedzenie, kremy przeciwsłoneczne…
W skrócie: złapaliśmy 5 ryb, fale na oceanie sięgały czterech, a później nawet sześciu stóp (prawie dwa metry), dopadła nas choroba morska (każdego na innym etapie i z innym skutkiem), więc ogólnie było to ciekawe doświadczenie. Po pięciu godzinach połowów zawinęliśmy z powrotem do portu. Nocowaliśmy u Julii.

#forfiterszwagier

Dzień 8, czwartek
Wiedzieliśmy, że jeden dzień chcemy poświęcić na dalsze eksplorowanie Central Parku, więc korzystając z dobrej pogody zajęliśmy się tym we czwartek. Byliśmy w ogrodzie Shakespeare’a, gdzie posadzono rośliny, jakie bard opisywał w swoich sztukach, znaleźliśmy kamienną ławę o takiej konstrukcji, że słowa wyszeptane na jednym końcu słychać wyraźnie na drugim. W Central Parku jest też zamek, ale akurat był w remoncie - trzeba go dodać do listy na następny raz.

We wschodniej części parku stoi egipski obelisk z ok. 1600 r. p.n.e. - doskonale zachowany jak na ponad 3600 lat narażenia na różne warunki pogodowe.

Po południu pojechaliśmy zobaczyć pomnik katyński w Jersey. Jest bardzo dobrze zrobiony - artystyczny, ale nie przesadzony, jasno pokazuje co zaszło w tamtym czasie w Polsce.

Wieczorem pojechaliśmy na wieczór sushi u Anetki a później do „speakeasy”, czyli ukrytego baru z czasów prohibicji. Wypicie „Long Island ice tea” było na liście Ani od dawna, ale wypicie tego koktajlu w takim miejscu jest nie do pobicia.

Dzień 9, piątek
Cały dzień spędziliśmy z najlepszą nowojorską przewodniczką. Julia zabrała nas na przejażdżkę promem przez rzekę, później na Wall street i Washington Square. Wcześniej pisaliśmy o pięknych liniach tworzących osie widokowe na Manhattanie. Stojąc pod „łukiem triumfalnym” na placu widać idealną oś w górę Manhattanu, a w dół cały efekt psuje mały rudy budynek.
Mam tylko nadzieję, że ktoś miał bardzo ważny powód, żeby tak budować… z pozytywnych rzeczy - na placu występował świetny duet country, zagrali jedną z naszych nowych ulubionych piosenek :)
Później pojechaliśmy na High Line - park zbudowany na trasie dawnej kolejki szynowej biegnącej na palach wzdłuż zachodniego brzegu wyspy. Od czasu naszej ostatniej wizyty dwa lata temu dodano nowy odcinek zamykający cały park. Roślinność tam posadzona to bajka, mnóstwo ciekawych gatunków, mnóstwo rzeczy do oglądania, szczególnie dla przyrodnika.
Wieczorem pojechaliśmy kolejką linową na Roosevelt Island. Wagoniki kolejki same w sobie są super atrakcją, bo można zobaczyć kawałek miasta z powietrza (chyba, że jest się Maćkiem - wtedy się stoi na środku i stara nie patrzeć przez okno), a na wyspie są ruiny starego szpitala czarnej ospy.
Na koniec dnia pojechaliśmy na party do Lake’ów.

Dzień 10 sobota
Znowu w podróży. Lot mieliśmy ok. 16, w Las Vegas wylądujemy ok. 20 czasu lokalnego, czyli 23 czasu nowojorskiego, czyli 5 rano czasu polskiego.

Komentarze

Popularne posty z tego bloga

17 września - zakola, ścienne obrazki i piekarnik

10 września - Yellowstone, nadciągamy!