17 września - zakola, ścienne obrazki i piekarnik
Ostatnia noc w namiocie na ranczu w Church Wells była ciepła i spokojna. Oddaliliśmy się już od północnego zimna Yellowstone i od pustynnych wahań temperatury, więc nie trzeba było spać w 2 parach spodni i 3 bluzach. Lokalne koguty zaczęły piać o wschodzie słońca (z czego jeden był chyba z Nevady, bo zaczął godzinę wcześniej), ktoś odpalił swojego pickupa i zaczął nim wesoło pyrkotać, więc i my wstaliśmy i ruszyliśmy w dalsza drogę.
Pierwszym miejscem do którego pojechaliśmy (nie licząc kawy na stacji benzynowej) było najsłynniejsze zakole na świecie, zakręt rzeki Colorado w wielkim kanionie - „Horseshoe bend”, czyli zakole w kształcie podkowy. Oglądając w internecie zdjęcia tego miejsca obawialiśmy się, czy nasze oczekiwania tym razem nie przerosną rzeczywistości, czy to miejsce jest aż tak monumentalne, czy tam jest aż tak wysoko… tak. Jest pięknie. I faktycznie widać tam kształt końskiego kopyta.
Następnym miejscem na naszej liście były szlaki w „Grand Escalante National Monument” czyli ogromnym płaskowyżu południowego Utah. Znowu ciekawe formy skalne, ale tym razem dodatkowo świetnie zachowane petroglify, czyli prehistoryczne rysunki na skałach. Patrząc na nie człowiek się zastanawia, czy na pewno jesteśmy sami we wszechświecie :-)
Ostatnim parkiem w którym byliśmy była Dolina ognia (Valley of Fire). Brzmi znajomo? Pisaliśmy o niej wcześniej, ponieważ był to pierwszy park do którego przyjechaliśmy. W takim razie co tam znowu robimy? Już wyjaśniamy: tydzień temu temperatura powietrza dochodziła do (jak na dolinę ognia przystało) 40 stopni Celsjusza, albo 110 Fahrenheita, co brzmi jeszcze bardziej imponująco. Stwierdziliśmy, że przy takiej temperaturze nie ma sensu wybierać się na dłuższe szlaki, tym bardziej, że to był nasz pierwszy dzień. Tym razem było troszkę chłodniej (ok. 38 C), a my już nieco bardziej zaprawieni, więc nie odpuściliśmy i poszliśmy zobaczyć „Fire Wave” - ścianę uformowaną tak, że wygląda jak fala pomarańczowych płomieni!
Ledwo żywi dojechaliśmy na noc do Las Vegas. Jedną z głównych atrakcji jest tu Fremont Street - w skrócie jest to ulica przykryta dachem z wielkiego telewizora. Po drodze mijaliśmy przynajmniej 2 Elvisów oraz wielu ulicznych artystów wszelkiego typu. Była też wielka metalowa modliszka siedząca na czołgu, w rytm muzyki buchająca ogniem z czułków. Wzbogaceni tym doświadczeniem udaliśmy się na spoczynek w pobliskim motelu.
Komentarze
Prześlij komentarz