10 września - Yellowstone, nadciągamy!
Podczas naszego ostatniego pobytu w USA żartowaliśmy, że każdego dnia lądujemy na innej planecie. Pisaliśmy też, że każdy kolejny park przerasta nasze najśmielsze oczekiwania. Otóż, drodzy Czytelnicy, Stany znowu to robią. Yellowstone przerasta wszelkie oczekiwania, a każdy jego zakątek to albo lądowanie na innej planecie, albo wrota do baśniowej krainy rodem z Tolkiena. Ale zacznijmy od początku.
Gdy dotarliśmy do miasteczka West Yellowstone położonego przy zachodnim wjeździe do parku, od razu skierowaliśmy swoje kroki do centrum informacji, gdzie kupiliśmy kartę wstępu do parków i zarezerwowaliśmy miejsce na jednym z kempingów. Postanowiliśmy od razu tam pojechać i rozbić namiot, żeby nie robić tego później po ciemku. Potem przekroczyliśmy wrota do innego świata.
Główne drogi w Yellowstone tworzą kształt trochę krzywej „ósemki”. Żeby dostać się do kempingu musieliśmy przejechać tylko przez środkowy łuk. Wydaje się blisko, prawda? Cóż, zajmuje to półtorej godziny jazdy. Park jest ogromny! Jechaliśmy przez bezkresne lasy, górskie doliny, w oddali widzieliśmy parujące gejzery, po raz pierwszy zetknęliśmy się też z miejscowymi. W Hayden Valley, ogromnej trawiastej równinie okolonej górami, prawie zawsze pasie się stado bizonów. Ponieważ to ich teren, praktycznie nie zwracają uwagi na ludzi. Leniwie przechodzą przez jezdnię, sennie żują trawę, leżą i przysypiają. W dolinie często można też spotkać jelenia, jednak w parku Yellowstone taki jeleń zamiast uciekać - przygląda się ciekawie, nonszalancko skubiąc trawkę, a czasami tak się dumnie wypręża, że zdaje się wręcz pozować do zdjęć.
Kemping Bridge Bay, gdzie nocowaliśmy, jest pięknie położony w samym środku iglastego lasu. Gdy dotarliśmy na miejsce, byliśmy już bardzo zmęczeni drogą, więc zdecydowaliśmy, że rozbijemy namiot, zjemy obiad, pokręcimy się po okolicy i pójdziemy spać, żeby następnego dnia wcześnie zacząć zwiedzanie.
Znowu, brzmi prosto, prawda? Gdy tylko zaczęliśmy rozbijać namiot, w okolicy pojawił się ciekawski bizon, który jak gdyby nigdy nic wlazł na pole namiotowe i zaczął kosztować trawy w różnych miejscach. A może tutaj snopeczek, a może tam wiązeczkę, o - u tego pana z czerwonym namiotem wygląda pysznie! Żubrosław (bo tak go nazwaliśmy) niespiesznie przemierzył również nasze miejsce. Trawa musiała tam być wyborna, bo trochę mu to zajęło. Poczekaliśmy w samochodzie aż skończy się raczyć, a jak już się oddalił, kontynuowaliśmy realizację naszego planu.
Wieczorem skoczyliśmy jeszcze na bardzo ciekawy wykład jednego ze strażników o konstelacjach, obserwacji gwiazd i zanieczyszczeniu światłem, a potem wczołgaliśmy się do namiotu i poszliśmy spać.
Wieczorem skoczyliśmy jeszcze na bardzo ciekawy wykład jednego ze strażników o konstelacjach, obserwacji gwiazd i zanieczyszczeniu światłem, a potem wczołgaliśmy się do namiotu i poszliśmy spać.
Bizon po prostu szykował Wam miejsce do spania, żeby było równe i żadna kępka Was nie uwierała. Gospodarz. Dba o turystów. Buziaki
OdpowiedzUsuńunknown to ja mamusia:)
OdpowiedzUsuńJak zwykle, gdy opowiadam Mai, gdzie się szlajacie, Maya wykrzyknęła: "O Boże, byłam na tym samym wykładzie!!" W Yosemite też od wjazdu do Parku do pola namiotowego jedzie sie z godzinkę, jak nie dłużej. Te parki są ogromne.
OdpowiedzUsuń